Vortal Budo Vortal Budo
FORUM | ALBUM | OSTRZEŻENIA | UŻYTKOWNICY | GRUPY | REGULAMIN | REDAKCJA | IGNORUJ | PROFIL
In BOX KNAJPA | SZUKAJ        Rejestracja    Zaloguj
Polski Ksiązę

Napisz nowy temat  Odpowiedz do tematu Vortal BUDO : MUAY THAI, BOKS, KICKBOXING, K-1
Polski Ksiązę
Autor Wiadomość
BLT



Dołączył: 03 Gru 2007
Posty: 1353
Skąd: z młaj taja

Pomógł: 6 razy
Wysłany: 15 Październik 2015, 12:38   Polski Książę

Ponieważ swój temat ma Szpila, a nawet o zgrozo Cygan - zaczynamy dyskusję (mam nadziejęże ktoś się odezwie poza mną :lol: ) na temat Andrzeja, że Andrzej spoko koleś jest to wiemy, że dobry pięściarz też więc zaczynamy>
na początek art z boxing.pl-u;):

Na pięściarskiej drodze Andrzeja Fonfary pojawia się kolejna poprzeczka. Jeśli ją przeskoczy to niewykluczone, że już w przyszłym roku Polak będzie mógł zrewanżować się Adonisowi Stevensonowi za poniesioną w maju 2014 roku punktową porażkę. Jeśli Polak wygra, to po raz kolejny potwierdzi, że należy się z nim liczyć, że należy do ścisłej czołówki kategorii półciężkiej. Jeśli "Polski Książę" upora się z Nathanem Cleverlym, to na jego koncie pojawi się następny cenny skalp. Walka Fonfara vs Cleverly w nocy z piątku na sobotę w Chicago.

Nie mieć łatwo = czynić postępy


Podoba mi się droga, którą podąża Fonfara. Polak nie unika wyzwań i walczy z rywalami, którzy teoretycznie nie powinni mu pasować stylem boksowania. "Styl robi walkę" - to w pięściarstwie naprawdę bardzo istotna kwestia i jeśli ktoś chce długo trzymać swojego zawodnika pod parasolem, to powinien mieć to na uwadze. Polska strona ma to jednak daleko gdzieś i kontraktuje Fonfarze bokserów: a) dobrych, b) bardzo dobrych i c) niewygodnych. Ale to znakomicie. Na skutek toczenia takich pojedynków polski fighter czyni postępy, widzi, nad czym musi pracować w gymie, bo jego przeciwnicy po prostu pokazują mu to między linami. Tym samym Fonfara staje się coraz lepszym pięściarzem, idącym cały czas do przodu. To wielki plus dotychczasowej kariery Fonfary, który w dalszej części jego przygody z "szermierką na pięści" może mieć niebagatelne znaczenie.


Mocna psychika

Ponad trzy lata temu Fonfara został po raz pierwszy rzucony na głęboką wodą, kiedy to mierzył się z Glenem Johnsonem, wtedy wciąż bardzo przyzwoicie boksującym Jamajczykiem. Polak miał wówczas na karku tylko 24 lata, był zielony i nieopierzony na zawodowym ringu, a stawił czoła niezwykle doświadczonemu oponentowi, rywalizując u siebie w domu. Pamiętam doskonale. Polak przez niektórych był skazywany na pewną porażkę, a praktycznie wszyscy przewidywali ciężką przeprawę dla Fonfary. Ci drudzy mieli rację, lecz ci pierwsi zanotowali spore pudło, bo Polak zasłużenie wygrał. Bokser znad Wisły wytrzymał presję i zaprezentował się z naprawdę niezłej strony. Dla "Polskiego Księcia" walka z Johnsonem okazała się wagonem doświadczenia, który procentuje do dzisiaj. Początek drogi do większych rzeczy w tym biznesie. Następnie pojawił się Gabriel Campillo, pomijam mecz z Tommym Karpencym. Przed pojedynkiem jedni twierdzili, że Hiszpan jest po drugiej stronie rzeki i po laniu z rąk Siergieja Kowaliowa nie będzie on już stanowił dla polskiego zawodnika większej przeszkody. Drudzy natomiast oceniali, że Campillo wciąż może prezentować między linami wysoką formę, a przede wszystkim podkreślali fakt, iż były czempion w kategorii półciężkiej absolutnie nie będzie pasował Fonfarze. Sprawdziły się tezy tych drugich. Polak zanotował udany początek, ale z każdą kolejną rundą Campillo się rozkręcał i to on pisał scenariusz walki. Fonfara był jednak w swoich poczynaniach nieustępliwy, niestrudzenie dążył do celu i to dało efekt. Najpierw Polak zranił Hiszpana, a później zakończył robotę. W moim przekonaniu to póki co najcenniejszy triumf Fonfary w gronie zawodowców, bo nie szło mu, miał ciężko, przeciwnik mu nie odpowiadał, a mimo wszystko to on mógł cieszyć się ze zwycięstwa.

(Kolejne?) Zaskoczenie

"Walka do jednej bramki", "Zostanie znokautowany", "Nie ma żadnych szans", "Przegra na pewno". Tak mówiło się przed starciem Fonfary z Adonisem Stevensonem. Nikt jednak nie przypuszczał, że bokser z Chicago tak mocno da się we znaki znakomitemu Kanadyjczykowi. Szybkość, dynamika, mocny cios, mobilność - to wszystko przemawiało za "Supermanem". Początek walki zdawał się potwierdzać przedmeczowe prognozy, ale Fonfara po raz kolejny zacisnął zęby. Przetrwał kryzys, przezwyciężył zapewne niesamowity ból, pokazał, że ma jaja jak arbuzy i dał wycisk mistrzowi. Fonfara potwierdził, że dysponuje świetnymi i mocnymi ciosami prostymi, jest odporny i nie daje za wygraną. Ale pokazał to na tle jednego z najlepszych. Sprawił, że z jednej strony polscy fani radowali się, mimo porażki, a z drugiej poniekąd niedowierzali.

W walce z Chavezem Fonfara zrobił to, co do niego należało. Polak porozbijał Meksykanina, odnosząc cenne, ale przede wszystkim prestiżowe zwycięstwo. Od Polaka biła jak nigdy pewność siebie, a jego ciosy były niczym dopiero naostrzone. Chavez nie miał szans, a Fonfara po raz kolejny pokazał, że nie straszne mu toczenie pojedynku w takiej aurze, aurze wielkiej imprezy pięściarskiej.

Fonfara vs Cleverly

Za kilkadziesiąt godzin Fonfara stanie naprzeciwko brytyjskiego pięściarza. Walka dla "Polskiego Księcia" niezwykle istotna, bo przybliżająca go do upragnionego celu, czyli mistrzowskiego pasa. Co można powiedzieć o Cleverlym? Wiadomo, co można było powiedzieć o Cleverlym. Przed konfrontacją z Kowaliowem Brytyjczyk stanowił czołówkę kategorii półciężkiej. Toczył dobre walki, miał pomysł na pojedynki i był pewny siebie, jednak destruktor z Rosji porozbijał i zdemolował Cleverly'ego, co wyraźnie pozostawiło na nim ślad. "Clev" postanowił zasilić wagę junior ciężką, w której się ostatecznie nie odnalazł. W drugiej fazie rewanżowej walki z Tonym Bellew zaprezentował się po prostu z fatalnej strony. Następnie wrócił do "półciężkich", co może okazać się gwoździem do trumny. Zbijanie wagi, i to w takich rozmiarach, może się dla niego skończyć czkawką.

Cleverly'ego nie można jednak całkowicie przekreślać. Ricky'emu Burnsowi, który miał za sobą bardzo słabe walki, też nie dawano ostatnio wielkich szans w starciu z Omarem Figueroą. Brytyjczyk pokazał się natomiast z niezłej strony i napędził stracha faworytowi. Zdaniem wielu, powinien nawet wygrać pojedynek z Amerykaninem.
Fonfara wie, co ma zrobić i zapewne przystąpi do konfrontacji z Walijczykiem odpowiednio zmotywowany i skoncentrowany. Bo potencjalna porażka spowoduje wydłużenie drogi do tytułu i prawdopodobnie sprawi, że w głowie Polaka narodzi się jakaś niepewność, której póki co nie ma.

Cieszmy się, że mamy takiego pięściarza jak Andrzej Fonfara. Pięściarza, którego kariera przebiega jak na razie bardzo dobrze, zarówno pod względem sportowego rozwoju, jak i biznesu.

 
Haziajstwo


www.welnateam.pl
 
 
BLT



Dołączył: 03 Gru 2007
Posty: 1353
Skąd: z młaj taja

Pomógł: 6 razy
Wysłany: 17 Październik 2015, 16:16   

 
Haziajstwo


www.welnateam.pl
 
 
.:pitman:.

Dołączył: 17 Cze 2003
Posty: 1016
Skąd: Jelenia Góra

Wysłany: 18 Październik 2015, 17:44   

niesamowita walka. Dla tego Pana warto zarywać noc lub poranek (jak kto woli) :)
swoja drogą wydaje mi się że Fonfarze lepiej leżą walki z solidnymi zawodnikami, bodajże po Stevensonie miał walkę z jakimś średniakiem i też średnio mu szło. Pełen szacun za to że walczy z najlepszymi i często obiera drogę pod górkę.
 
 
BLT



Dołączył: 03 Gru 2007
Posty: 1353
Skąd: z młaj taja

Pomógł: 6 razy
Wysłany: 10 Listopad 2015, 14:07   

Andrzej o swoich planach na przyszłość (miejmy nadzieję nieodległą) ;-)
Cytat:
- Chciałbym od razu boksować ze Stevensonem. Te trzy ostatnie walki dały mi dużo doświadczenia i teraz starcie z Kanadyjczykiem wyglądałoby zupełnie inaczej. Jeżeli dostanę kolejną szansę, to na pewno podpiszę kontrakt. Ta waga półciężka jest bardzo mocna, a czołówka szeroka. Stevenson ma już swoje lata i każdy może mu zagrozić, więc chciałbym być pierwszy w kolejce. (...) Za mniej niż milion dolarów wolałbym już nie walczyć. Wolałbym tę jedynkę z przodu, żeby ten czek ładnie wyglądał. Te gaże z walki na walkę będą przecież coraz wyższe
 
Haziajstwo


www.welnateam.pl
 
 
BLT



Dołączył: 03 Gru 2007
Posty: 1353
Skąd: z młaj taja

Pomógł: 6 razy
Wysłany: 21 Listopad 2015, 19:33   

http://sport.tvp.pl/22723...walki-z-chicago
Cytat:
Zapraszamy na reportaż z Chicago w całości poświęconemu Andrzejowi Fonfarze – mistrzowi świata WBC w wadze półciężkiej, który emisję będzie miał w sobotę 21 listopada o godzinie 20:10 na antenie TVP Sport
 
Haziajstwo


www.welnateam.pl
 
 
BLT



Dołączył: 03 Gru 2007
Posty: 1353
Skąd: z młaj taja

Pomógł: 6 razy
Wysłany: 1 Luty 2016, 09:20   

(...)
LHW można określić mianem najbardziej medialnej, lub jednej z najbardziej medialnych. Kto wie, może nawet współcześnie jest to najmocniej obsadzona dywizja? Bernard Hopkins, Siergiej Kowaliow, Antonio Tarver, Roy Jones Jr czy Michael Spinks. To nazwiska wielkich mistrzów tej kategorii - czy Fonfara ma szanse dołączyć do tego wielkiego grona?

Polak już kiedyś dostał szansę walki o tytuł mistrzowski. Dość niespodziewanie zawalczył z Adonisem Stevensonem. Każdy skreślał Polaka mówiąc, że to złamie jego karierę, że za wcześnie na pojedynek tej rangi. "Polish Prince" jednak pokazał się ze znakomitej strony, powalając nawet mistrza na deski. Porażka z "Supermanem" stała się przez to katapultą na wyższy poziom bokserski, a także i finansowy. Każda kolejna walka to był duży krok naprzód. Wygrane z Julio Cesarem Chavezem Juniorem i Nathanem Cleverlym przyspieszyły karierę Polaka, rzekłbym dwukrotnie. Janusz Pindera w listopadowym "Puncherze" stwierdził:

- Fonfara jest w znakomitej formie fizycznej, wypoczęty po krótkim pobycie na Hawajach i pełen wiary, że w niedalekiej przyszłości raz jeszcze dostanie szansę na zdobycie mistrzostwa świata.

Czy jednak Polak ma szanse walki o tytuł w najbliższym czasie? Obawiam się, że nie będzie to takie proste. Naturalna kolej rzeczy to rewanż ze Stevensonem. I zdaje się do tego mocno dąży obóz Fonfary. Haitańczyk jednak nie kwapi się do walki z warszawianinem, celując w pojedynek na szczycie z Siergiejem Kowaliowem. Nie ma wątpliwości, że pojedynek dwóch mistrzów i ewentualność unifikacji tytułów to event, który sprzeda się najlepiej. Jeszcze gorzej może być z potencjalnym starciem z Kowaliowem. Mistrz WBA, IBF oraz WBO wydaje się być bardzo mocno "nakręcony" na pojedynek z Andre Wardem, który zmienia kategorię wagową na półciężką. Ponadto Kowaliow to telewizja HBO, zaś Fonfara to Al Haymon i Showtime (choć należy zaznaczyć, że także Stevenson jest człowiekiem Ala Haymona. Tutaj jednak tytuł mistrzowski w ręku stwarza zupełnie inne realia negocjacyjne). Polakowi zatem pozostaje czekać. Mierzyć się z solidnymi zawodnikami, czekając jednocześnie na rozwój wypadków i na kolejne ruchy wielkich graczy w dywizji półciężkiej. A może Andrzej Fonfara powinien obrać inną drogę?

z: http://www.boxing.pl/foru...dis-andrew.html
 
Haziajstwo


www.welnateam.pl
 
 
.:pitman:.

Dołączył: 17 Cze 2003
Posty: 1016
Skąd: Jelenia Góra

Wysłany: 2 Luty 2016, 09:12   

I to jest to przez co mnie czasami krew zalewa...gość jest niesamowity a możliwe że i tak w najbliższym czasie nie dostanie szansy na pas bo w czołówce jest bardzo ciasno i promotorzy mieszają...a z drugiej strony inny średniak po oklepaniu 3-ech bumów dostaje szansę walki o mistrzostwo, dostaje bęcki i zaraz po prze4budzeniu w szatni wszyscy zapowiadają że to tylko kwestia czasu a dostanie kolejną szansę bo nieźle "wypadł" w przegranej walce. No poprostu ręce opadają co się w tym boksie wyrabia. :oops:
 
 
BLT



Dołączył: 03 Gru 2007
Posty: 1353
Skąd: z młaj taja

Pomógł: 6 razy
Wysłany: 5 Luty 2016, 18:49   

Cytat:
Spory awans zaliczył natomiast Andrzej Fonfara (28-3, 16 KO), który podskoczył w dywizji półciężkiej z piątej na drugą pozycję.

http://www.bokser.org/con...dex.jsp[/quote]
 
Haziajstwo


www.welnateam.pl
 
 
BLT



Dołączył: 03 Gru 2007
Posty: 1353
Skąd: z młaj taja

Pomógł: 6 razy
Wysłany: 10 Luty 2016, 14:57   

Długi ale fajny wywiad z Andrzejem z http://prawyprosty.com/20...estem-polakiem/

Hubert Kęska: Hamalainen – dobry ruch transferowy Legii?

Andrzej Fonfara: Mam mieszane uczucia. Sportowo na pewno na plus, pomoże klubowi. Nie zapomniałem natomiast co śpiewał o Legii, gdy Lech sięgał po tytuł. Zapiera się, że nie wiedział w czym bierze udział. Jakoś mu nie wierzę.

H.K.: W jednym z wywiadów ujawniłeś, że nawet będąc w cyklu treningowym robisz wszystko, aby na bieżąco oglądać mecze „Wojskowych”. Choćby miałaby się to wiązać z pobudką o zmroku. Twój prawy biceps zdobi otoczona triumfalnym wieńcem eLka w koronie. Niekiedy publiczne okazywanie sympatii kibicowskich odbijało Ci się czkawką. Polscy emigranci z Krakowa nie chcieli się z Tobą witać.

A.F.: Przed pojedynkiem z Campillo np., podczas ważenia, Wiślacy skandowali nazwisko mojego rywala. Walka odbyła się w Chicago, i wiesz co? Do nikogo nie miałem pretensji.

H.K.: Spotykasz się jeszcze z przejawami niechęci ze strony kibiców innych klubów.

A.F.: W zasadzie nie. Wprost przeciwnie. Dostałem niedawno maila od sympatyka Śląska (Śląsk Wrocław jest członkiem zgody Trzej Królowie Wielkich Miast, obok Lechii Gdański i Wisły Kraków – przyp. HK). Jego treść była mniej więcej taka: „Cześć Andrzej. Kibicuję Śląskowi i wiem, że ty wspierasz Legię. Niezależnie od tego, fajnie, że boksujesz”.

H.K.: Zdarza Ci się jeszcze paradować po Krakowie w barwach Legii?

A.F.: Już nie, dostałem nauczkę. (śmiech)

To były czasy kadetów. 2002, może 2003 rok. Pojechaliśmy do Krakowa na turniej Złotej Rękawicy – ja, mój brat, trener Łukasz Landowski i dwóch kolejnych zawodników. Chwilę wcześniej Marek (starszy brat Fonfary, obecnie jego menadżer – przyp. HK) zasponsorował nam bluzy. Boksowaliśmy wtedy w Legii, na Fortach Bema, i były to stroje z wizerunkiem tego klubu. Po turnieju wracamy do hotelu. Wszyscy są głodni i padła propozycja, żebyśmy zatrzymali się po drodze coś zjeść lub chociaż zrobić jakieś zakupy. Brat przewidział konsekwencje i próbował przetłumaczyć Łukaszowi, że – zważywszy na nasz ubiór – to raczej kiepski pomysł. Nie chciał słuchać. Zajechaliśmy do Auchan, niby na pięć minut. Wszyscy jednak szybko zapomnieli o tym, że mieliśmy się pospieszyć i zaczęli rozwlekle kręcić się przy półkach. Ludzie dziwnie się na nas patrzyli, w tym dwóch kibiców Wisły, którzy nagle wybiegli ze sklepu i polecieli po posiłki. Minęło kilkanaście minut i przed galerią zgromadziło się pięćdziesiąt nieprzyjaźnie nastawionych twarzy. Byliśmy akurat w aptece, tuż przy wyjściu. Tamci dwaj zaprosili nas na zewnątrz, bo „trzeba wyjaśnić sprawę”. Zrobiło się gorąco, interweniowała ochrona. Dobrze, bo nie dam gwarancji, ze byśmy sobie poradzili. Ochroniarzy było z dziesięciu, byli naprawdę dobrze zorganizowani. Gdyby obiektu pilnował jakiś cieć, prawdopodobnie nigdy byśmy stamtąd nie wyszli. Ochroniarze w kordonie doprowadzili nas do samochodu. Zamiast kopów, skończyło się na epitetach.

H.K.: To dziwne, że nie byłeś na żadnym wyjazdowym meczu Legii.

A.F.: Kibice do dziś mi to wypominają. (śmiech) Wszystko przede mną.

H.K.: Twój przyjaciel Artur Boruc nie tylko wybrał się z kibicami stołecznego klubu na wyjazd, ale nawet przez chwilę prowadził w Płocku doping. To prawda, że – wyłączając miłość do Legii – ma skrzywienie zawodowe i po godzinach kompletnie nie interesuje się futbolem?

A.F.: To chyba przesadzone słowa. Artur nie jest może jakimś zapalonym fanem piłki, który ogląda wszystko jak leci, ale śledzi ligę angielską, podgląda przyszłych rywali, analizuje różne spotkania.

H.K.: A sam, co w domowym zaciszu obejrzałbyś chętniej? Finał Champions League, czy walkę o mistrzostwo świata w innej kategorii wagowej niż półciężka. Dodam, że nie walczy żaden Polak.

A.F.: Chyba jednak piłkę.

H.K.: Wolałeś finał Pucharu Polski od walki stulecia Mayweather-Pacquiao, robiąc przy tym niezłą reklamę meczowi na Narodowym. Odstąpiłeś wart 100 tys. dolarów bilet bratu, który mógł przy okazji zadbać w Las Vegas o Twoje interesy.

A.F.: Potem wyszło na to, że komentowałem tę walkę. Oczywiście ze studia w Warszawie.

H.K.: Oglądając myślałeś: „E, niczego nie straciłem”?

A.F.: Szczerze? Tak, były takie myśli. Teraz także nie zamieniłbym meczu Legia-Lech przy 48 tysiącach widzów, niesamowitej oprawie, na MGM Grand i Mayweather-Pacquiao. Zarówno kibice Legii, jak i Lecha spisali się znakomicie. Doping był fantastyczny, poza tym jedni i drudzy zachowywali się kulturalnie. Nie było żadnych awantur, na które – wypominając Bydgoszcz – czekali poszukiwacze skandali i tanich sensacji. Kibice nie dali powodu, żeby w mediach znów zaczęto ich tłamsić. Pokazali, że również podczas dużych imprez zachowują klasę. No i, co najważniejsze, Legia zdobyła puchar. Kapitalne dopełnienie fajnego wieczoru.

H.K.: Twój trener powtarza, że dla kibiców jesteś bardziej ekscytujący niż przewidywalny i nudny „Money”.

A.F.: Mayweather to mistrz, jest świetny. Czy nudny? Taki ma styl. Ja lubię troszeczkę się pobić.

H.K.: „Być mistrzem w kategorii półciężkiej, to jak zostać wiceprezydentem Stanów Zjednoczonych” – ilustruje Al Bernstein w filmie „Mistrzowie”.

A.F.: Dzisiaj dywizja do 175 funtów jest bardzo, bardzo mocno obsadzona. Każdy zawodnik z czołowej dziesiątki dysponuje nokautującym uderzeniem. Każdy imponuje techniką. Mogą odgrażać się przed kamerami, ale tak naprawdę jeden drugiego w jakimś stopniu się obawia. Dlatego właśnie nasze zestawienia są tak elektryzujące. Wysoki poziom sportowy determinuje popularność wagi półciężkiej w Stanach. Ta stale rośnie.

H.K.: Patrząc na Twoją walkę z Nathanem Cleverly’m trudno uwierzyć, że w czasach amatorskich byłeś „strachliwy” – jak wspomina Paweł Skrzecz.

A.F.: Trener jeszcze nie wytłumaczył mi się z tej wypowiedzi. (śmiech) Myślę, że po październikowej walce ma odmienne zdanie. Przez lata bardzo zmieniłem się jako pięściarz, choć nie zauważyłem, żebym kiedykolwiek był strachliwy.

H.K.: Szukałem głębszego sensu tych słów i wyszło mi, że przechodząc na zawodowstwo nie byłeś uznawany za wyjątkowy talent. Na początku Twojego pobytu w Stanach stoczyłeś mnóstwo starć z kategorii „wszystko albo nic”, w których ewentualna porażka cofnęłaby Cię o kilka walk.

A.F.: Wydaje mi się, że dopiero pojedynek ze Stevensonem w pełni przekonał niedowiarków. Uświadomił im, że nie jestem tym pięściarzem, za jakiego mnie uważali.

H.K.: Dariusz Michalczewski dawał Ci 25% szans na zwycięstwo. Nawet Andrzej Wasilewski i Piotr Werner byli zszokowani Twoją postawą. Tym, jak się rozwinąłeś.

A.F.: Mnóstwo osób uwierzyło wówczas, że mam serce do walki i warto we mnie mocniej zainwestować. Dostrzegli, że może być to inwestycja w przyszłego mistrza świata. Mnie samemu ta walka też coś uświadomiła. Że stawiając na boks, nie chybiłem.

H.K.: Sam Colona mawia: „Team work makes a dream work”. Na Twoje sukcesy pracuje cały klan Fonfarów. Starszy brat jest Twoim menadżerem, kuzyn Maciej odpowiada w zespole za public relations, tata regularnie dogląda treningów. Przegoniłeś konkurencję, również polską, dzięki wspólnej pracy swojego teamu?

A.F.: Boks nieustannie wiąże się z ryzykiem. To nie piłka nożna. Tu gdy złapiesz kontuzję lub źle się poczujesz nie poprosisz o zmianę. Piłkarz wróci po tygodniu do gry z czystą kartą, a pięściarz może nie dostać drugiej szansy. Dlatego tak ważne jest, żeby ludzie z twojego otoczenia byli w stanie przygotować cię na konkretny moment. Boks to jedynie pozornie indywidualny sport. Brat, rodzice – oni zawsze wspierali, wierzyli we mnie. Z tego miejsca chcę podziękować im i całej drużynie. Trenerom: Samowi, Bogdanowi Maciejczykowi. Bez nich nie byłbym tym samym zawodnikiem. Team Fonfara będzie dalej szedł do przodu i nadal wygrywał.

H.K.: Brat sprowadził Cię do Warszawy?

A.F.: I po raz pierwszy zaprowadził na Łazienkowską. Siadaliśmy na starej trybunie Krytej. Później zacząłem chodzić z kumplami na Żyletę. Marek od jakiegoś czasu mieszkał już w Warszawie. Zachęcał mnie do uczęszczania na treningi, jeździł ze mną na turnieje i pilnował, żebym nie zszedł na złą drogę.

Jeżeli mówimy o przeprowadzce, to był także efekt mojego zachowania w szkole.

H.K.: Wyrzucono Cię za bójki?

A.F.: Bójki też były, ale chodziło bardziej o całokształt. To był okres gimnazjum. Pewnego razu tata został wezwany do szkoły. Pani dyrektor powiedziała mu co o mnie myśli, a on w złości wypalił: „W takim razie mój syn nie będzie dłużej tu przychodził!”. Od drugiej klasy uczyłem się w Warszawie.

H.K.: W stolicy na początku traktowano Cię jak chłopaka z prowincji? Nie wszystkim pasowało, że jesteś z Białobrzegów.

A.F.: Może nie do końca jak chłopaka z prowincji, bo zawsze byłem fajnie ubrany, dobrze wyglądałem. Prozaiczna sytuacja. Byłem nowy w klasie, inni uczniowie znali się od roku. A wiesz, to była szkoła prywatna, Anin, wokół trochę bananowe dzieci. Przyjeżdżaliśmy rano, mieliśmy zapewnione śniadanie. Były pojedyncze, otwierane ławki, w których mogłeś schować książki. Po zajęciach zostawaliśmy w szkole odrabiać lekcje i dopiero do domu. W moim przypadku na trening i do domu. Miałem różne sprzeczki, jednak sprawnie wyjaśniałem nieporozumienia.

H.K.: Bić lubiłeś się do dzieciństwa. W domu tłukliście się z bratem systematycznie. Zastanawiam się jak wyglądały te pojedynki. Marek jest przecież 7 lat starszy.

A.F.: Zaczynało się na żarty. Najczęściej po obejrzeniu jakiegoś filmu – obrazu z Van Damme’m, czy Rocky’ego. Niby lekko, lekko, ale po kilku chwilach brat udawał, że uderzyłem go na serio i mocno kontrował. Ja to odczułem, popłakałem się, wkurzyłem i oddawałem z całej siły. Nie miałem szans. Osiem a piętnaście lat to za duża różnica. Odgrywałem się na kuzynie – Michale. Oglądaliśmy razem Dragon Balla i później dawaliśmy sobie po razie. Tyle że tutaj to ja byłem tym starszym. (śmiech)

H.K.: To Marek postawił Cię na nogi po bolesnej porażce z Derrickiem Findleyem? Pięściarzem, z którym dwa tygodnie temu gładko rozprawił się Maciej Sulęcki.

A.F.: Byłem po tej walce załamany. Chicago, fajna gala, walczy Tomek Adamek, pierwszy raz w ESPN, debiut w Polsacie, a tu druga runda i dechy… Występ w Aragon Ballroom był dla nas szansą. Wszystko załatwiane było z marszu. Matchmaking, rzut oka na bilans rywala, błyskawiczna redukcja wagi i jedziemy.

Co cię nie zabije, to cię wzmocni. Po wszystkim pojechałem na Florydę. Wakacje, zresetowałem się. Wróciłem do Chicago, usiedliśmy do stołu z bratem i szczerze porozmawialiśmy. Uznaliśmy, że przede wszystkim trzeba zmienić kategorię wagową. Lanie od Findleya było dla mnie bodźcem. Zrozumiałem, że boks nie jest łatwym kawałkiem chleba, zacząłem traktować go śmiertelnie poważnie. Wiedziałem, że nie może mi się przytrafić już żadna porażka. Odtąd na każdym treningu daję z siebie nie 100, a 120 procent.

H.K.: Nadal namiętnie pijesz Red Bulle?

A.F.: Red Bullik to mój numer jeden wśród energetyków, najbardziej mi smakuje. W okresie przygotowawczym przestrzegam bardzo restrykcyjnej diety i takie napoje idą w odstawkę. Co innego poza sezonem. Jak mogę, to piję.

H.K.: „Gość w pomarańczowej kurtce, ciągle pijący red bulle” – narzeczona po pierwszym spotkaniu nie zapamiętała Cię jak księcia z bajki.

A.F.: (śmiech) Poznałem ją za sprawą koleżanki, która pracowała w firmie mojego ówczesnego menadżera Jacka Galary. Spotykali się. Któregoś dnia wpadli na pomysł, żebyśmy w piątek po walce gdzieś wspólnie wyszli. Problem w tym, że oni byli razem, a ja sam. Jacek znalazł rozwiązanie. Spytał swojej dziewczyny czy nie ma jakiejś koleżanki. Przyprowadziła Justynę. Tak to się między nami zaczęło.

H.K.: Kiedy po raz pierwszy zaprosiłeś ją na swoją walkę, zaliczyłeś debiutancką zawodową porażkę. Z Eberto Mediną.

A.F.: Na szczęście nie zraziła się i nie była to jedyna walka, na której była. (śmiech) Chodzi regularnie.

H.K.: Jacek Galara był jednym z założycieli nieistniejącej grupy International Boxing Corporation. Tworzyłeś ją wspólnie z Mateuszem Masternakiem, Mariuszem Wachem, Piotrem Wilczewskim i Grzegorzem Soszyńskim. Selekcjonerem pięściarzy był Andrzej Gmitruk.

A.F.: Zadebiutowałem na zawodowstwie w wieku 18 lat na gali w Ostrołęce. Trener Gmitruk zaprosił mnie później na testy. Miałem dobre sparingi i uznał, że warto podpisać ze mną kontrakt. Stworzyła się możliwość wylotu do Stanów. Galara razem ze wspólnikami zorganizował galę w Villa Park. Niestety nie sprzedała się i grupa się zwinęła. Wtedy Jacek zapytał mnie, czy mimo to nie zechciałbym zostać w Stanach. Powiedział, że mnie oprowadzi, pokaże co i jak. Zostanie moim menadżerem i zaopiekuje się moją karierą. Tak trafiłem pod skrzydła Sama Colony.

H.K.: W USA musiałeś szukać dorywczej pracy?

A.F.: Nie, miałem stypendium. Popracowałem fizycznie może z pół dnia. Menadżer wrzucił mnie do swojego sklepu, mieszałem tam farby. Brałem jedną puszkę, drugą, coś dolewałem i wszystko wkładałem w maszynkę. Gdy Jacek przyleciał do Stanów, ciężko pracował, żeby spełnić swój amerykański sen. Chciał mi chyba pokazać, że ja też muszę tak zapierdalać. Po kilku godzinach zrezygnowałem. „Słuchaj Jacek, nie będę u ciebie pracował, znajdź sobie innego chłopaka. To nie dla mnie. Albo we mnie wierzysz, inwestujesz, a ja trenuję sobie 2-3 razy dziennie i mam spokojną głowę, albo to wszystko nie ma sensu” – nakreśliłem jasno. Nigdy więcej nie mieszałem farb.

H.K.: Domyślam się, że wolisz zarabiać w dolarach niż w euro?

A.F.: Pewnie nie chodzi ci o jednego dolara od Duva’y za występ w Newark?

H.K.: Nie. Nie chodzi mi również o rosnący kurs zielonych. Myślę o firmie Twoich rodziców, która zbankrutowała w przeddzień Twojego wylotu do Stanów.

A.F.: To była firma produkująca okna plastikowe. Euro ostro poszło w górę, podrożały profile i biznes przestał być rentowny.

Pierwsze osiem miesięcy w Stanach byłem sam. Potem dołączył do mnie brat, postanowił zmienić otoczenie. Z czasem doleciała reszta rodziny. Jesteśmy bardzo zżyci i nie potrafimy żyć na odległość. „Zaczynamy nowe życie” – padło hasło, i znów byliśmy wszyscy razem.

H.K.: Minęło pewnie trochę czasu zanim się urządziliście.

A.F.: Brat przywiózł do Stanów parę złotych. Wynajęliśmy mieszkanie, kupiliśmy meble i kasa się rozeszła. Marek poszedł do pracy, a ja żyłem ze swojego niewielkiego stypendium. Jacek zaczął finansowo troszkę kuleć i nie zawsze przychodziło. Rodzice starali się nam pomagać, ale sami nie za bardzo mieli z czego. Miesiąc-dwa było naprawdę ciężko. Pamiętam jak odkładałem centy na benzynę. Musieliśmy ostro zaciskać pasa.

H.K.: Wkurza Cię, gdy dziennikarze piszą: „Fonfara – pięściarz pochodzący z Radomia”?

A.F.: Nie utożsamiam się z Radomiem, tylko się tam urodziłem. Gdy przychodziłem na świat w białobrzeskim szpitalu postanowiono zlikwidować porodówkę. Nie wiem dlaczego. Może tak mało dzieci się rodziło? (śmiech) Wybór był następujący: albo Grójec, albo właśnie Radom. Padło na Radom. Może chodziło o dogodniejszy dojazd karetki? Większą dostępność lekarzy? Nie mam pojęcia. Wychowałem się w Białobrzegach – to moje miasto. W Radomiu mam paru dobrych kolegów, mieszkał tam kiedyś mój dziadek. Zawsze chętniej spoglądałem niemniej w kierunku Warszawy.

H.K.: Mocno przeżyłeś śmierć dziadka? Wiem, że nie mogłeś przylecieć na jego pogrzeb.

A.F.: Pierwszym co zrobiłem, kiedy po 8 latach nieobecności wróciłem do Białobrzegów, była wizyta na cmentarzu. Mieszkaliśmy z dziadkiem praktycznie w jednym domu, drzwi w drzwi. Całe dnie ganialiśmy z braćmi po podwórku, a on miał na nas oko. Jeździliśmy razem na działkę, spędzaliśmy wspólnie wakacje, odrabiał z nami lekcje. Czasem było śmiesznie, czasem był surowy, ale zawsze bardzo nam bliski. Strasznie chciałem go pożegnać. Pogrzeb zbiegł się niestety z obozem przygotowawczym do walki.

H.K.: W okresie przygotowawczym wyżej od szpilkowych szachów stawiasz krzyżówki?

A.F.: Oj tak, krzyżówek w domu nie brakuje, zawsze gdzieś leżą. Jakaś Joleczka przed snem, choćby noc przed walką – piękna sprawa. Panoramiczne też elegancko wchodzą.

H.K.: Podobno Szpilka jest od Ciebie lepszy zarówno w ping-ponga, jak i w Fifę.

A.F.: W ping-ponga zgoda. Wiesz, on był 1,5 roku w Madrycie. Na wakacjach. Co tam robić? Tylko ping-pong. (śmiech) Przegrywałem z nim, choć nie do zera w setach. Czy jest lepszy w Fifę? Tutaj bym dyskutował. Prezentujemy podobny poziom. Raz wygra i się chwali, a raz dostaje bęcki. Kwestia dyspozycji dnia.

H.K.: Czujesz się w Chicago trochę tak jakbyś nigdy nie wyprowadził się z Polski? Masz obok siebie rodzinę, dużą rzeszę Polonii. Na co dzień posługujesz się ojczystym językiem.

A.F.: Tak, w domu rozmawiamy wyłącznie po polsku. Angielski jest w mniejszości, stanowi może 40% mojej codziennej komunikacji. Przyleciałem do Chicago z przyzwoitą znajomością tego języka. To efekt edukacji w półprywatnym liceum językowo-sportowym przy Fortach Bema. Chociaż szczerze? Gdyby ktoś się uparł, poradziłby sobie tutaj nie wypowiadając ani jednego słowa po angielsku. W normalnym życiu przydaje się w kontaktach z policją, w specjalistycznych placówkach. Używam go jedynie przybywając w gymie Sama Colony i swoim, gdy prowadzę trening. Siedmiu na dziesięciu moich znajomych w Stanach to rodacy. Chicago to miasto, w którym na każdym rogu spotkasz polski sklep.

H.K.: Na Jackowie nadal można kupić polską kiełbasę i ciupagi?

A.F.: Nie jest to już tak polska dzielnica jak kiedyś. Kilka lat temu było to jedno wielkie skupisko Polaków, każdy na ulicy mówił ci „dzień dobry”. Teraz Polonia nieco się rozproszyła. Jej miejsce zajmują powoli Latynosi, którzy nadciągają z północnej strony miasta. Na Jackowie można coraz częściej spotkać Portorykańczyków, Meksykanów. Polskiej kiełbasy, ciupag i lekarstw jednak nie brakuje.

H.K.: Domyślam się, że antybiotyki omijasz szerokim łukiem.

A.F.: Biorę tylko w ostateczności. Mam złe wspomnienia. (śmiech)

H.K.: Przywołam je. Twoja 15 zawodowa walka – ze Skylarem Thompsonem – została uznana za nieodbytą, ponieważ w Twoim organizmie odnaleziono sterydy. Tłumaczyłeś, że był to rezultat przyjęcia lekarstwa, który miało Ci pomóc zwalczyć infekcję, jakiej nabawiłeś się tuż przed pojedynkiem. Zastanawia mnie jedno. Dlaczego postanowiłeś posiłkować się polskimi medykamentami?

A.F.: Siedziałem w Stanach trzeci rok, ale nie pod każdym kątem się tam zadomowiłem. W USA nie miałem chociażby sprawdzonych lekarzy. Zaufałem temu z Polski i wiemy jak to się skończyło.

H.K.: Po tym zdarzeniu rozpoczął się Twój marsz w górę. Zaliczyłeś dziewięć kolejnych wygranych przed czasem i dostałeś przełomową walkę z Glenem Johnsonem.

A.F.: Zbiegło się to z rozpoczęciem współpracy z trenerem od przygotowania fizycznego. Dzisiaj pięściarz nie musi tylko dobrze boksować, lecz także być atletą. Nie możesz całe dnie walić w worek, trzeba dołączyć do tego basen, treningi biegowe, kondycyjne, siłowe. Pracować nad poszczególnymi partiami mięśni. Wcześniej sam rozplanowywałem swój trening siłowy. Wreszcie zajął się tym profesjonalista, który opracował mi cykl i rozpisał dietę. To zdało egzamin.

H.K.: W podanym okresie ponadto w naturalny sposób zmieniłeś się z patykowatego chłopca w postawnego mężczyznę. Symbolem tej przemiany stała się broda. Przed walką z Joeyem Dawejką Amir Mansour domagał się, żeby jego rywal całkowicie zgolił bujne owłosienie twarzy. Komisja Stanu Pensylwania nakazała „Thunderowi” je skrócić. Niedoszły rywal „Szpili” argumentował: „To są takie małe oszustwa. W klinczach można ocierać zarostem o twarz przeciwnika”. Stąd i u Ciebie okazały zarost?

A.F.: Nie, w moim przypadku to kwestia prezencji. Wizerunek się przyjął. Niedawno zgoliłem brodę i prawie nikt mnie nie poznawał. (śmiech) Wątpię, żeby Mansoura oburzył zarost Dawejki. Chciał raczej podkopać jego morale. W walce nie ma większego znaczenia czy ktoś ma brodę, czy nie.

H.K.: Tyson Fury przed drugą walką z Chisorą rozbawiony wystrzelił: „Jeśli Gillette zostanie moim sponsorem, ogolę dla nich nie tylko brodę, ale i włosy łonowe”. Ostatecznie brodę zgolił, nie wiem jak z resztą.

A.F.: Zgolił. Pewnie po to, żeby zgubić trochę wagi. (śmiech)

H.K.: Jesteś wielokrotnym zdobywcą tytułu Polonusa roku. Według niektórych szacunków do polskich korzeni przyznaje się w Chicago ponad milion mieszkańców. To by oznaczało, że jest ono trzecim – po Warszawie i Londynie – skupiskiem Polaków na świecie. Jak postrzegasz miejscową Polonię? Mariusz Kołodziej nazywa polskie bale i parady zlotem wieśniaków.

A.F.: Troszeczkę tak jest, choć nie generalizowałbym. Osobiście oceniam Polonię na plus. Są wieśniacy, ale są i normalni ludzie. Chicago to nadal najbardziej polskie miasto w Stanach. Drugie miejsce zajmuje Nowy Jork.

H.K.: Wietrzne miasto to określenie na wyrost?

A.F.: Absolutnie nie, niesamowicie piździ. (śmiech) W dużej mierze wpływa na to bliskość jeziora Michigan. Zimne prądy napływają z Kanady. Jezioro Michigan łączy się z Huron, wiatr trafia na otwartą przestrzeń i następnie dociera do Downtown (centralna dzielnica Chicago – przyp. HK). Tam napotyka na ustawione obok siebie wieżowce i tworzą się korytarze. Korytarze układają się w szachownicę, wiatr nie ma się gdzie rozproszyć. I stąd Windy City.

H.K.: Wciąż prowadzicie rodzinną pierogarnię?

A.F.: Nie, po trzech latach zdecydowaliśmy się ją zamknąć. Klienci byli, ale zainwestowałem w inny biznes.

H.K.: W kamienie kwarcowe?

A.F.: Dokładnie. Stuknęły mi właśnie dwa lata odkąd się tym zająłem. W granicie i obróbce kamienia siedzę już dobre 6-7. Quartz zyskuje na popularności w Stanach. Ludzie, którzy obecnie budują domy chętnie sięgają po ten materiał. Oferuje im on większą gamę kolorów niż granit. Quartz to syntetyczny kamień, choć niemal identyczny jak te wykopywane z ziemi. Biznes się zwraca, zarabiamy. Chciałbym, żeby te pieniądze zapewniły dobrze życie nie tylko mnie, ale całej naszej rodzinie. To dość prosta robota. Na zasadzie hurtowni – taniej kupić, drożej sprzedać. Nie musisz jechać do klienta, pierdolić się z nim. Po prostu sprzedajesz mu kamień. Tyle.

H.K.: W Twoim mieszkaniu spotkałbym blaty kuchenne i umywalkę wykonaną z kwarcu?

A.F.: Nie, bo mieszkam w wynajętym. Zabieram się powoli za budowę domu i tam pewnie będę miał takie bajery.

H.K.: Jak już wybudujesz, zostanie tylko zasadzić drzewo i…

A.F.: …spłodzić potomka, tak. Jestem tradycjonalistą. Dzielę życie z jedną kobietą, nie szukam przygód. Ślub to jeden z celów na najbliższy czas. Może to będzie jeszcze ten, może przyszły rok. W każdym bądź razie, bliżej niż dalej.

H.K.: Kupiłeś wymarzoną gitarę?

A.F.: Brat przywiózł mi z wakacji taką malutką. Na większą przyjdzie czas, jak nauczę się dobrze z niej korzystać. Na razie gram jedynie gdy wypiję. (śmiech) Koncentruje się na śpiewaniu.

H.K.: Karaoke?

A.F.: Nie, pod prysznicem. Na karaoke brakuje mi odwagi. Muszę wyposażyć się w sprzęt i potrenować w domu. (śmiech)

H.K.: Ludzie pomstujący, że górnicy przechodzą wcześnie na emeryturę, muszą nie znać Twoich planów. Zamierzasz założyć ciepłe kapcie w wieku zaledwie 32 lat. Deklarujesz, że przed Tobą jeszcze 10 pojedynków.

A.F.: Może bardziej trzydziestu trzech-czterech, pragnę boksować jeszcze pięć lat. Zobaczymy zresztą jak rozwinie się kariera. Na pewno nie chcę pojawiać się w ringu zbliżając się do 40-stki. Trzeba dbać o swoje zdrowie. Z wiekiem organizm dużo gorzej znosi obciążenia i ciężkie treningi. Pojawiają się kontuzje. Zamiast wyjeżdżać na długie przygotowania, obozy, wolałbym poświęcić czas rodzinie, dzieciom. Chciałbym być takim tatą, który zawsze znajdzie chwilę, żeby wyjść z synem pograć w piłkę. Młodym tatą.

H.K.: Masz na szyi krzyż franciszkański Tau?

A.F.: Mam. Zdecydowałem się go wykonać po przeczytaniu jego historii. Tau to ostatnia litera alfabetu hebrajskiego, oznaczająca wypełnienie wszelkich proroctw Starego Testamentu w Krzyżu Jezusa Chrystusa. Symbolizuje głęboką wiarę w Syna Bożego. Jak na początku XIII wieku głosił papież Innocenty III, nosi się go dla ukrzyżowania ciała z jego ułomności i grzechu. Kształtem odwzorowuje wygląd krzyża przed przybiciem tabliczki Piłata.

Poprosiłem kolegę, którego firma zajmuje się obróbką drewna, żeby wyciął mi właściwą formę. Otrzymany krzyż oszlifowałem, obrobiłem, dołączyłem do niego własnoręcznie wykonany sznurek i noszę go na co dzień. To mój talizman.

H.K.: Do walki z „Clev’em” wychodziłeś ubrany w czerwony szlafrok z okalającą go zbroją polskiej husarii. Skąd ten pomysł?

A.F.: Chodził za mną od paru walk. Złapałem kontakt z lokalnym artystą. Zapytałem czy jest w stanie wykonać dla mnie taką zbroję. Był sprawdzony, wcześniej szył mi kurtkę. Na moje pytanie odpowiedział twierdząco. Obawiałem się trochę, że nie podoła, ale kiedy skończył projekt, wiedziałem, że będę miał praktycznie replikę stroju husarii. Odzew był świetny.

H.K.: Powinniśmy pamiętać o naszych narodowych dobrach? Kultura hip-hopu jest Ci bliska, wkraczasz do ringu w rytm piosenki Hemp Gru, dlatego zacytuję jednego z raperów. „Musimy kultywować tradycję. Pamiętać o historycznych regionach. O tym jak wyglądali Kujawiacy, Mazurzy” – mówi dobitnie Włodi.

A.F.: Zgadzam się z nim. To nasze korzenie. Nigdy nie zapomniałem, że jestem Polakiem. Że pochodzę z tego pięknego kraju. W UIC Pavilion chciałem przypomnieć o najbardziej walecznym narodzie na świecie. Husaria była jedną ze skuteczniejszych formacji zbrojnych w historii. Z Janem Sobieskim na czele zapobiegła islamizacji Europy. Jej szarże rozbijały znacznie liczniejsze siły przeciwnika. Dwu-trzykrotnie większe. Mój strój został zauważony. Amerykanie, Latynosi pytali po walce co oznacza. Odpowiadałem: „Sprawdź sobie co to jest husar, przeczytaj historię, będziesz wiedział”.
 
Haziajstwo


www.welnateam.pl
 
 
BLT



Dołączył: 03 Gru 2007
Posty: 1353
Skąd: z młaj taja

Pomógł: 6 razy
Wysłany: 23 Luty 2016, 08:52   

Cytat:
Wszystko wskazuje na to, że Andrzej Fonfara (28-3, 16 KO) w najbliższej walce będzie mógł skrzyżować pięści z tym przeciwnikiem, którego sobie wymarzył. "Polski Książę" w maju lub czerwcu dostąpi prawdopodobnie okazji do zrewanżowania się Adonisowi Stevensonowi (27-1, 22 KO) za porażkę na punkty z 2014 roku.

Stawką walki, tak jak przy okazji pierwszego starcia Polaka z Kanadyjczykiem, byłby pas WBC wagi półciężkiej. Informację o zaawansowanych rozmowach obozów pięściarzy podała kanadyjska TVA Sport, a wszystko w rozmowie z eurosport.onet.pl potwierdził Marek Fonfara, brat i menedżer naszego pięściarza.

http://www.boxing.pl/foru...ub-czerwcu.html
 
Haziajstwo


www.welnateam.pl
 
 
.:pitman:.

Dołączył: 17 Cze 2003
Posty: 1016
Skąd: Jelenia Góra

Wysłany: 13 Marzec 2016, 20:39   

dziś na onecie już odwołali tego newsa :cry:
 
 
BLT



Dołączył: 03 Gru 2007
Posty: 1353
Skąd: z młaj taja

Pomógł: 6 razy
Wysłany: 29 Maj 2016, 15:11   

 
Haziajstwo


www.welnateam.pl
 
 
.:pitman:.

Dołączył: 17 Cze 2003
Posty: 1016
Skąd: Jelenia Góra

Wysłany: 20 Czerwiec 2016, 21:22   

szkoda :nie:
 
 
Napisz nowy temat  Odpowiedz do tematu Vortal BUDO : MUAY THAI, BOKS, KICKBOXING, K-1
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  


Template edit by: quaint.pl  | Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group